Porządki – Zapis 1119

Sen z 24.10.2026

 

Byłam w domu rodzinnym w trzecim pokoju. W latach 90′, bo wejscie do drugiego było już zamurowane. Była chyba cała moja rodzina, bo widziałam wszystkich braci. Nawet matka się kręciła. I wzięłam się za porządki, na spokojnie. Stwierdziłam, że będę sobie sprzątać po jednej wnęce w meblościance. Zaczęłam od składania obrusów lnianych które Matka za życia haftowała.

I tak schyliłam się na sam dół i otworzyłam szafkę przy samej ziemi. Cała była zapchana moimi torebkami. Otworzyłam jedną, w takim pięknym turkusowym kolorze i ile ona miała śmieci w środku. I na pewno same ciekawostki. Wiem, bo taki mam zwyczaj. Przy zmianie torebki nigdy nie czyszczę jej doszczętnie. Zawsze, ale to zawsze, zostawiam w niej pieniądze, drobniaki. Jakieś kartki, wizytówki kosmetyki, notesy, ulotki, skarby. Tak jak w kapsule czasu. Lubię do nich zaglądać od czasu do czasu, bo wracam wtedy pamięcią, do okresu w którym ją używałam. I ta była wyjątkowo wypchana, tak jakbym z niej nic nie wyciągnęła, a przecież zawsze gros rzeczy przekładam do nowej. Zamknęłam drzwiczki i odłożyłam jej przeglądanie na później.

I jakoś mi się wszystko poodwracało. Tył na przód, lewo na prawo i wnętrze na zewnątrz. I byłam z Córką, ona była mała. Zakładałam jej buty. Ale miała tych bucików, wszystkie białe i jak adidasy. Jedne wydawały się maleńkie i z takiej lśniącej siateczki, ale piętkę miały otwartą i tylko paseczek na zapiętku. Jak jej założyłam, nic nie mówiła że uwierają. I nagle z prawej podszedł mężczyzna w rozpiętej marynarce. Te poły były cały czas w ruchu, tak jak i On. Koszule miał drogą, bo leżała na nim jak ulał. I stał i tak jakbym stała w nim. Stał przy drewnianych skrzyniach. Takich metr siedemdziesiąt wysokość, podstawa półtora na półtora metra, tak mi sie wydaje. Skrzynie były drewniane i wzmocnione na krawędziach dodatkową deską. Całe ofoliowane bezbarwnym stretchem. Błyszczał ten Stretch.