Wyschnięte źródło – Zapis 1112
Sen z 12.10.2026
Byłam na Osiej, tu gdzie mieszkam obecnie. Wczoraj przed snem rozmawiałam z mężem, że jutro pójdę zobaczyć do lasu, czy przy opuszczonym domu stoją ule. I we śnie tam poszłam, czyli w górę od mojego domu. I nie wiem, ale chyba poszłam za daleko, bo skręciłam w leśną drogę w lewo, ale po prawej pojawił sie jakiś dom z żółtą elewacją. A wiedziałam, że nie powinno go tam być. Odbiłam więc znowu w lewo na piaszczystej krzyżówce. I tak zrobiło się jakoś, jak w wielkim lesie, a nie na Osiej.
Z tyłu wyleciał jakiś mały kudłaty piesek. Dobiegł do mnie i przywitał się z radością. Dalej już szedł ze mną. I teraz szłam znowu w kierunku mojego domu, bo zwyczajnie zawróciłam, skręciłam dwa razy po dziewięćdziesięciu stopniach.
Doszłam do takiej zapadliny w lesie. Dookoła były wysokie skarpy jak wzniesienia. Na jednym chyba jakieś figury, ale niewyraźne. Na drzewach drogowskazy. Za to na dole, w dole, był żółty ostry piasek, nie taki miałki, tylko drapiący jak morski. I taki uformowany centralnie w środku jak przez wypływająca wodę, ale wody nie było ani grama. Za to były szlifowane kamienie jak z szlifierki. Wszystkie duże i płaskie wielkości dłoni i praktycznie każdy z taką dziurą w środku jak od niedoszlifowanej geody. Kolory były zadziwiające, bo na Osiej nigdy takich nie znalazłam, a tu jakieś czerwone, zielone, niebieskie, ale żadnych kryształów. Jak malachit, turkus czy jaspis. Wszystkie były w pełnym wybarwieniu, oprócz kryształowych drobin przy geodach. Leżały w dwóch skupiskach, tak jakby były dwa ujścia źródła. Chyba zabrałam kilka sztuk.