Pan Czterech Ptaków – Zapis 1111
Sen z 10.10.2026
Byłam w Kolbuszowej na wzgórzu Alberta. Jacyś znajomi zaprowadzili mnie tam na dyskotekę, czy na co. Siedziałam na ławce w ścianie, bo nie chciałam się bawić z innymi. I Usiadła za mną mężczyzna, taki mały, mojego wzrostu chyba. Objął mnie w pasie, przykleił sie do pleców i tak mocno trzymał, jak ze wszystkich swoich sil. Jakby nie chciał za wszelką cenę mnie wypuścić. Nie wiem co to był za pokurcz. Uciążliwe to było, bo ani pogadać, ani się przekręcić. Wreszcie zdecydowałyśmy się wyjść. Strzepałam to gówno z siebie i chyba zostało na miejscu. Nie wiem czy to nie mieszkało na stałe w Stanach.
Pojawiła się Iwona i zaczęła mnie prowadzić do siebie niby na Żytkowskiego, ale nie na dół względem dyskoteki, tylko w lewo i do góry. Tak, jakby od wzgórza Alberta było jeszcze jedno wzgórze po lewej. I droga zrobiła się najpierw piaszczysta, a później trawiasta jak polna i na końcu rozwidlana znowu na prawo i lewo. I po prawej był domek, mieszkała tam rodzina, bo wyszedł mężczyzna, kobieta i dzieci. I na początku widziałam ten dom jak murowany z białych bloczków bez tynków i elewacji. A po chwili jak drewniany z wyłożonymi ścinami paździerzami i szarymi pionowymi balami na rogach. My odbiliśmy w na lewo.
Iwona z kimś wyprowadziłam mnie na taki piękny taras widokowy, że aż zapierało dech w piersiach. Na U nas i wyższych piętrach same pola i świeżo wykoszone mozaiki łąk, a na samym dole serce Kolbuszowej. Dostawili nową rzeźbę Wielką Kobietę obok globu ziemskiego który stoi na wprost policji. Kobieta była w długiej szacie i miała bardzo długie włosy. Co najmniej do pośladków. Te włosy były rozwiane jak kraj szaty na prawo czyli pęd powietrza szedł z lewej. Kula ziemska też była z jej lewej i nawet nie sięgała do kolan czyli pomnik Kobiety musiał mieć z 10 metrów. Patrzyłam i tak tak znowu omiotłam przestrzeń bliżej i takie to chyba boiska sportowe były. Znalazłam się na jakimś castingu.
Jakiś gość mnie wybrał, chyba na narzeczoną, bo już miałam wianek na głowie. Obok mnie szła jakaś dziewczyna, też z wiankiem i chciała jeszcze żeby podejść do jej domu. Przypominała mi Sylwie. Miała ładniejszy ten wianek, więc też chciałam coś dorzucić. Jak mijałyśmy cmentarz to przy ogrodzeniu rosła paprotka asparagus. Dotknęłam jej żeby urwać i z naprzeciwka drogą zaczęły iść dwie baby. Zaczęły groźnie, ale finalnie jedna, niby właścicielka pozwoliła mi urwać do wianka. Zanim zdarzyłam zapytać. Wybrałam jedną dorodną gałązkę.
Za cmentarzem i laskiem była maleńka osada, to tam mieszkałam Sylwia w ostatnim drewnianym domku. Do środka nie weszłyśmy tylko do ogródeczka, bo tam też rosły białe kwiaty, ale powiedziałam, że te szybko więdną Zaczęłyśmy iść więc jak asfaltówką i teraz już w odwrotnym kierunku jak przed chwilą i po prawej na rowie rosły same białe kwiaty. Różne gatunki, ale w większości nie rozwinięte. Zaczęłyśmy rozmawiać, że najlepsze są konwalie, bo te długo wytrzymują i zaczęły się pojawiać kapliczki czy ołtarzyki. Wszystkie właśnie na prawej stronie drogi. Na jednej też były białe kwiaty i ja chciałam chyba zerwać, ale jakiś mężczyzna podszedł. Młody, chyba mnie nie widział, ale otarliśmy się o siebie. Na kapliczce było serce z kamienia i to chyba zrobił swojej żonie. Przeszłyśmy więc dalej i weszłyśmy jak do kaplicy.
I to tam był chyba Pan Czterech Ptaków. Jak stałam przy oknie, to z lewej wnęki wyszło dwóch małych chłopców, może pięciolatków. Chciałam im pokazać, że w lewej kieszeni mam pięć złoty. Nawet było czymś poklejone, jakieś resztki miało, silikonu czy pianki montażowej. Zresztą te pory też miałam jak budowlaniec, ale cofnęłam rękę w głąb. Za chłopcami wyszedł Ojciec. Młody, ale suchy jak nieboszczyk i taki miał szary odcień skóry też na twarzy.