Tempel Józefa – Zapis 1079
Sen z 02.08.2026 godz: 16:20
Na początku byłam w starym przedszkolu w miejscowości rodzinnej. Przyjechał jakiś celebryta i byłam z nim w parze, chyba aktor. Jakiś popieprzony konkurs czy co. Kto dłużej wytrzyma bez ruchu. Ja się ruszałam, chociaż ci ludzie wydawali się być jak słupy soli. Nie wiadomo o co chodziło nawet do końca.
Znalazłam sie przed wejściem do gospodarstwa Józefa. Józek odmalował wszystko na biało, a dodatkowo wszystko pokrył śnieg. Wejście do domu było od środka kwadratowego podwórza. Które otaczały same białe budynki jak stajnie, spichlerze, obory, stodoły i składy. Ale było czyściutko i sterylnie. Chciałam zrobić sobie zdjęcie w tej scenerii i miałam na sobie długą suknie i chyba mój koc. Taki ogromny, ciemny i ciepły, kupiłam go w USA, ciężkie to było i wlekło się za mną po śniegu.
Zdjęcia mi nie wyszły, bo coś było z tym światłem nie tak, zresztą jakoś przeszłam i wyszłam, znowu się wróciłam i znowu stanęłam w kolejce. Przede mną jakiś Gość się zapisywał, bo zdaje się że Józek tworzył partie czy co. I ja czekając aż skończy założyłam sobie nogi na blat. Skarpetki miałam mokre i trochę brudne. Pojawił się Józek, popatrzył ale nic nie powiedział. Jego asystentka też się nie odezwała. Jak Gość poszedł chciała mi dać papiery do wypełnienia, ale powiedziałam, że ja tylko na zdjęcie. Zapytała czy będę potrzebować jeszcze Józefa, który zaczął się oddalać. Ja rzuciłam w biegu i bardziej do siebie
– Tak, potrzyma mi telefon i będzie robił zdjęcia.
I poszłam za nim, ale ON już wychodził zza winkla. Prowadził konia za uzdę. Głaskałam go mijając i poszłam do Tempel. Ten korytarz był cały biały z antycznymi malowidłami na każdej wolnej przestrzeni. Antyczne bo proporcja ciał idealna. Jak dochodziłam, to widziałam ją w oddali, z dachu zwisały jej takie ozdoby jak strzępy, ale im bliżej tym robiło się to kręcone w rulony. I na koniec to widziałam jak swoje włosy, siwe i poskręcane w lekkie rurki.
Wreszcie wyszłam ze śniegu i weszłam na asfaltówkę. Z naprzeciwka wyjechali rowerzyści. Zeszłam na prawo, ale oni wszyscy parkowali na prawej i jakby się modlili, albo wypoczywali. Spojrzałam na lewo. Tam już perspektywa i złudzenie optyczne, bo była tafla wody. Na niej, ale jakby wysoko zawieszony parowiec i całe niebo czarne jak przed nawałnicą. Jak weszłam do budynku, to prosto na sale treningową boku. Gość w błyszczących spodenkach powiedział mi cześć. No tak, bo to był Krzysiek, rozpoznałam go. Przeszłam przez sale i wyszłam na murawę stadiony. Do Tempel było z kilka kilometrów chyba, stała po przekątnej boiska. Złapałam mocniej ten koc na plecach i zaczęłam do niej iść.