CZOŁO – Zapis 889
Sen z 21.03.2025
Coś dostało się do moich trzewi. W nocy obudził mnie odruch wymiotny i mocny skurcz całego gardła. Myślałam że zaschło mi w gardle, bo osadził się na nim jakiś pył. Ale nie miałam odczucia suchości. Pomyślałam, że to może był pająk, ale zrezygnowałam nawet z napicia się wody. Strawi się. Poszłam po prostu znowu spać.
I ktoś mnie stuknął centralnie w czoło i to było chyba we śnie, tak mi się wydaje. Nic nie widziałam, przedmiot chyba był metalowy i przypomniałam sobie inny sen. Ale teraz nic nie widziałam, tylko poczułam. Dziwne to było, bo w ostatnim czasie ktoś się zbliżał we śnie. Pierwszy raz zapukał do drzwi wejściowych, drugi raz przy samej sypialni i zawsze dwa razy. Dziś w czoło, ale tylko raz. Nie wiem co to za alfabet morsa.
Znalazłam się w pracy. Krzysiek poprosił żeby podwieźć go na Dolna. Powiedziałam, że nie ma problemu bo ja sobie przez nią wrócę do domu. Na rondzie wsiadły do samochodu dwie staruszki z kwiatami. Jedna z doniczkowym, a druga z bukietem. Wraz z nimi uniósł się niebiański fiołkowy zapach. W bukiecie były różne kwiaty, ale wraz z nimi ten sam co w doniczce. Krzysiek chciał chyba kupić, bo oglądał, ale go wyprzedziłam i zapytałam czy to bylina, z myślą o moich pszczołach. Cudowny był. Cały w czerwono fioletowych poczwórnych lejowatych kwiatostanach i ten podobno fiołkowy wonny zachap. Co baby poruszyły kwiatami to ten zapach cudownie się unosił. Zapytałam o nazwę, ale nie pamiętam, bo dziwna była i nigdy jej nie słyszałam. Wzięłam doniczkę. Baba ją przechyliła i wysypała jak na stole, kwiat był z czterech sadzonek.
Znalazłam się w domu rodzinnym. Przy drzwiach stała żydowski służący. W czarnych spodniach i śnieżno-białej koszuli. Powiedziałam, że strasznie bym zjadła ich tradycyjną zupę gulaszową. Patrzyła na mnie wielkimi oczami jak spodki. Stwierdziłam, że skoro jest z nami trzeba skorzystać i poznać kuchnie żydowską. Najlepsze, moi rodzicie dali mu moje stare mieszkanie jako lokum. Mieszkałam tam zanim przeprowadziłam się tu, gdzie jestem obecnie.
Poszłam do ogrodu. Mój Brat z bratową zrobili taką dziwną konstrukcje z drzewna pod asem, słupami wysokiego napięcia. W gałązki powtykali plastyczne ciemne kawałki wosku pszczelego. Wiem, bo wyciągnęłam, to nie była zwykła parafina. Nie wiem do czego to miało być. Wosk był miękki i naturalnie woskował całą otaczającą przestrzeń.
Zaczęłam iść w stronę domu. Minęłam po drodze cztery winorośle. Wszystkie miały owoce, ale nie były jeszcze dojrzałe. Spróbowałam z każdego krzaka, ale nie wyczułam też niczego dokładnie, nawet kwasowości o dziwo. Winorośl w większej mierze płożyła się na ziemi. Nie miała prowadzenia. Tak jakby podstawą był tylko stary główny konar, a wszystkie odrośle swobodnie zwisały. Za to owoców był ogrom. Może dlatego nie były wyraźne w smaku, bo winorośl zwyczajnie była za mocno obciążona. Krzew winny by mógł wydać wspaniały owoc, musi on zostać wcześniej wyselekcjonowany. Wszystkie owoce słabe, uszkodzone i w nadwyżce trzeba odciąć, by krzew nie tracił na nie siły.