TORoress – Zapis 994
Sen z 15.01.2026
Na początku byłam na dziele z winem, bo coś tam układała i przyszedł znajomy po wino Toress. Przeszłam nawet do innej części popatrzeć czy tego wina nie ma i nie było. Chciałam mu zwyczajowo zaproponować inne. I już zaczynał się wahać, ale przyszła jakaś kobieta jego o tak wyraźnych cechach mongolsko-dalekowschodnich, że zrezygnował. Chcieli tylko Troress. Dziwna to była kobieta, niby ładna, ale ten płaski profil twarzy, była jak antyteza dla mojego wystającego nosa. Mówiła, że oni wezmą cały karton, bo tyko to lubią i tylko to lubią. Obiecałam że zamówię i wróciłam do Marysi.
Poprosiłam ją o wózek, bo chciałam przewieść taką wiązkę butelek z jakimś alkoholem. Wyglądały jak cienkie wysokie patyczki postawione na sztorc. W ciemnio niebieskim opakowaniu ze srebrnymi grafikami. Nie chciały stać prosto. Otworzyłam jedno opakowanie i Marysia zza pleców powiedział co to jest, ale już zapomniałam, wyglądało jak długa fiolka z jakimś zapachem.
Marysia zniknęła, a ja wychodząc przez drzwi zostałam zaatakowana przez rude psy. Takie kurwa małe Chihuahau bydlaki. Były we trzy i jak przekraczałam próg to jeden mnie ugryzł w lewą kostkę. ALE ZABOLAŁO. Ale nic nie dałam po sobie poznać. Nawet się nie zatrzymałam. Raz żeby nie prowokować tych pokurczy. Dwa żeby nie wzbudzać zainteresowania osób postronnych. Po prostu szlam dalej szybkim krokiem. Psy zresztą zawróciły na próg czaić się na następnego frajera. Noga zresztą od razu przestała boleć.
Znalazłam się jakby w USA. Pamiętam, przez te ścieżki i chodniki na osiedlach podmiejskich. I te zabudowy i rosnące piękne drzewa. Przeszłam przez pasy i weszłam na obejście. Właściciel dał mi rower. Przyszły jakieś myśli o sposobie na obywatelstwo. Że trzeba sobie znaleźć takiego z papierami i wziąć z nim ślub. Do tego rozważania ” No tak, ale pewnie trzeba by z nim spać… i szybka odpowiedz. Rozwiedziesz się jak dostaniesz kwity…” wzięłam rower i zaczęłam jechać.
Znalazłam się na dwupasmówce. Było strasznie ciasno, a my jakoś włączaliśmy się do ruchu z lewej strony. Ciężko było, bo same autobusy, stary wojskowe, trochę osobówek, no i Ja, jedyna na rowerze. Wcisnęłam się za jakimś wojskowym. I próbowałam ustawić się z prawej strony, ale nie było szans. Pomimo tego że był jeden pas, jechaliśmy wszyscy na nim jakby podwójnie parami. No i chciałam odbić by wyjechać w Kolbuszowej. Ale jak tylko była możliwość, bo zrobiło się luźniej. Wyjechałam, ale na jakieś wsi.
Dojechałam na jakieś lekkie wzgórze. Za ogrodzeniem były jakieś trzy osoby. Dorosły i dwoje dzieci wszyscy mieli identyczne włosy jak Ja, tylko w różnych długościach. Dosłownie identyczne. Dalej po lewej stała para Kobieta i Mężczyzna i ona również miała takie włosy jak Ja. Czyli identyczną fakturę, podatność, kolor i nawet układ pasemek. Nie wiedziałam co jej grane, bo nie wyglądali jak Ja, tylko mieli moje włosy. Dobiegły do mnie jakieś dzieci, chłopcy. Zachwyceni rowerem. Zapytałam gdzie jestem, powiedzieli nazwę i zrozumiałam że Domatków. Pomyślałam super, wiem gdzie jestem i niedaleko już do Kolbuszowej.
I zawróciłam żeby wrócić do domu, ale trzeba było przejść przez jaskinie. Cały czas towarzyszyli mi ci trzej chłopcy. Przez jaskinie przechodziłam aż trzy razy, bo co przeszłam, to znowu byłam przed półką skalną. Dodatkowo była tam rzeka na dole. I chciałam zrezygnować i nawet zostawić ten rower. Nawet zapytałam ich o inną drogę. Ale chłopcy powiedzieli, że innej nie ma. Wreszcie przeszłam przez tą półkę skalną z tym rowerem i schodząc zobaczyłam na wystającym kawałku skały łańcuszek. Myślałam, że mój więc zaczęłam ściągać. Strasznie się zaczepił i dodatkowo parzył. Ja tak jakoś dziwnie wisiałam, że aż mnie całe mięśnie korpusu bolały, ale nie poddawałam się. Ściągnęłam ten łańcuszek i schowałam.
Wreszcie wygramoliłam się gotowa do drogi, do domu. I siadam na rower i dopiero teraz zobaczyłam jak on wygląda. Nie wiem co ro było. Nie miało kierownicy, nawet nie wiem czy miało dwa koła, czy drugie jakieś szczątkowe, ale jakieś szprychy chyba były. I była rama, ale też jakaś dziwna, zaraz przy kole jakby drag, a nie trójkątna konstrukcja. Coś tam jeszcze było przywieszane, jak sakiewki, ale to pewnie moje pierdolety. Nie mam pojęcia jak na tym przyjechałam. Ale skoro przyjechałam, to teraz też wsiadłam i przestałam myśleć o tym „jak” a zaczęłam jechać. Teraz już wiem dlaczego chłopcy tak się nim zachwycali, bo to nie był zwykły rower.