Stajnia Słoni – Zapis 1123
Sen z 31.10.2026
Byłam na Kopciach. Wyszłam z Żarkowiny jakby w kierunku Północnym wglądem położenia mojego domu rodzinnego. Przeszłam przez las, minełam grupę ludzi na przystanku, odbiłam w lewo i znowu lewo. Czyli wykonałam ruch o 18o stopni. Doszłam do domu w lesie, rodziny która jest moimi obecnymi sąsiadami. Młody zabrał mnie do domu. Jak weszłam to musiałam iść za nim i normalnie przeprowadzał mnie przez pomieszczenia drzwiami, aż doszliśmy do ostatniego i wyskoczył oknem.
Zatrzymałam się, bo było wysoko. Dodatkowo błoto na ziemi. Taka ta rama była stara, jakby chałupa miała z dwieście lat, bo ściany już wietrzały. Przez okno widziałam stajnie, a w niej trzy słonie w ozdobnych siodłach i dekoracjach na ciele. Ustawione były, środkowy stał do mnie centralnie, a dwa pozostałe bokiem, tak że tworzyły symetryczną triadę. Ogromne były, z okna oszacowałam, że wielkość miały co najmniej trzy razy większą niż naturalnie na żywo. Chciałam je sfotografować, ale nie chciałam wychodzić tym oknem.
I pojawiła się jego rodzina, ale tych ludzi było, więcej kobiet. Najmłodsza dziewczynka miała chyba długie rude włosy. Zaczęły coś gadać o Krakowie, też się odezwałam, że jadę. I ktoś zaczął mi wybierać garderobę, dosłownie, że w tym jedz i w tym jedz. I ja tych łachów nie rozpoznałam, niby moje, ale nie mam i nie miałam takich.
Jakoś tak było drętwo, jakby nie było o czym rozmawiać, więc wyszłam, bo te słonie chciałam zobaczyć z bliska, ale normalnie na około i żadnych słoni już nie było.
Pojawiła się za to woda, i ja od razu, to ocean. Ale nie, to tylko zalane pola, tak w najwyższych partiach po kostki, bo gdzieniegdzie z wody wyrastały miedziowe drzewa. I tak się zachwyciłam, że kucnęłam i wyciągam telefon, by zrobić zdjęcie, tak od dołu z tafli. Ale patrzę w wyświetlacz, a tam trawa. Podnoszę głowę i oczywiście wody nie ma, cofnęła się na moich oczach, jak złudzenie optyczne. Dosłownie jak złudzenie na pustyni, albo na gorącym asfalcie.
Zaczęłam więc iść do przodu i wiedziałam, że jestem jak w Zarębkach i idę nadal na południe. Doszłam do drogi poprzecznej, znowu skręciłam na lewo dwa razy i znowu zaczęłam iść na północ. Po lewej zobaczyłam Statue Wolności i ogromny wieżowiec. tak jakbym była w Nowym Jorku. Pola ustąpiły chodnikowi, a ja doszłam do pasów. Przeszłam przez nie i znalazłam się w grupie młodych mężczyzn stojąca na podjeździe. Wszyscy umięśnieni jak trójboju albo drużyny rugby. Zaczęłam im macać genitalia, tak bardziej od tyłu, nie frontalnie. Ścisnęłam co najmniej trzy pary jąder. Jeden nawet się odezwał ała ała, czyli to musiało być żywe. Przeszłam dalej na róg domu Przemka i przeskoczyłam nad takimi dwoma piankami na polną drogę. Na piankach coś leżało, ale poprawiłam po przeskoku, to się suszyło. Przemek tylko patrzył, nic się nie odezwał, a ja minęłam budynek i znowu szłam polami.
I doszłam do wyrębu lasu, Przy drodze stała drewniana chatka w niej trzy istoty, dziwne i nie wiem co to było. Bo jedna zaczęła mnie gonić więc zwiałam. Biegać nadal potrafię jak błyskawica. Zajmowali sie wyrębem i cały czas wyrębywali do góry.