Przypadkowy strzał – Zapis 1115

Sen z 18.10.2026

 

Byłam w pracy. Była jakaś akcja z nastolatkiem który miała jakiegoś zwierza. Zwierz normalnie zaczął mnie nieść po placu i ja chyba odeszłam z tej roboty. I chyba przeniosłam się do przedszkola, ale takiego jak wielka amerykańska podstawówka. I tam był bunt. Dzieciaki mnie wysłały do serwerowni. Przeciskałam się na leżąco takim korytarzem z modułami na głową. I już widziałam hale po drugiej stronie, ale nie przeszłam, musiałam zawrócić. Głowa nie zmieściła mi się horyzontalnie. Zawróciłam bo chociaż mogłabym próbować bokiem, bo zmniejszyłabym wysokość o zarys twarzoczaszki, zrezygnowałam. Cofnęłam się i trafiłam do podziemnej auli na zebranie. Nie mam pojęcia przed czym się te dzieciaki buntowały.

Zaczęłam wychodzić po schodach do góry i znalazłam się chyba w Paryżu.

Jechałam z Dominikiem samochodem. On prowadził. Jak byliśmy na sześciopasmowe, to podjechała otwarta limuzyna z daniami. Taki ekskluzywny catering na pas zielni między jezdniami. Siedzieli tam dwaj panowie przy stoliku z obrusem. Dania również wykwintne, bo chyba nawet na paterze były krewetki koktajlowe. Patrzyłam i tak myślałam, że nie chciałbym tego zjeść, bo było całe w ulicznym brudzie. I jak na komendę przejechało auto całe szare od pyły i błota.

I skręciliśmy w lewo, do góry, bo chciałam zobaczyć winnice. Po prawej były stare zabudowania, a lewej znowu widziałam takie metalowe konstrukcje. Normalnie jak w porcie albo stoczni, albo takie jak wczoraj na lotnisku. I przejechaliśmy to i zaczęły się pola po prawej. Światło piękne z delikatną mgłą, przez które promienie tworzyły mieniące się pasy. I powiedziałam, że tu zrobię sobie zdjęcia. I wyszliśmy z auta i stoimy na drodze i ja szukam pleneru i nagle Dominik powiedział tak na wydechu z bólem.

– O Jezu, dostałem.

I padł. Miał na sobie brązową bluzę, chyba z kapturem i szerokie spodnie, ciemniejszy jeans. Podeszłam szybko do niego, już się skulił. Na klatce pojawiła się plama, po lewej stronie. Z lasu wyłonił się mężczyzna ze strzelbą myśliwską, a z boku wybiegł bażant. Bałam się, ze do mnie też strzeli, ale wzięłam Dominika na ręce. Zrobił się jak dwuletnie dziecko. Za chwile waga była tak niska, że ważył tyle co te ubrania. Chciałam wejść z nim do auta i go zawieźć gdzieś do szpitala, ale samochód zrobił się jak przebity balon. Dosłownie, jakby ktoś z niego spuścił powietrze i leżał plackiem. Tak że nie można było nim jechać, ani otworzyć drzwi.