Malinowa rezydencja- Zapis 1003

Sen z 31.01.2026

 

Byłam w jakiejś rezydencji jak na urodzinach Panicza. W ogrodach śpiewał zespół muzyczny, podeszłam do Zbyszka i powiedziałam mu coś na ucho. Nie zrozumiała mnie, powiedziałam jeszcze raz. Mówiłam bardzo cicho, bo Zbyszek trzymał mikrofon jak w gardzie i nie chciałam by publiczność mnie słyszała. Po chwili Zbyszek dał mi mikrofon i zaczęłam śpiewać. Tak normalnie zwyczajnie, bez fałszu, ale jak normalna dziewczyna, żadna tam wybitna wokalistka. Wykonałam kilka wersów i zeszłam ze sceny. Znalazłam się w domku letniskowym, z tym paniczem, siedzieliśmy w parę osób. Ten Panicz, w sumie to ciężko było określić ten jego stosunek do mnie. Najprościej, jakby coś chciał ale nienawidziła się że chciał i całą frustracje kierował na mnie, bo uważał że to była moja wina, że on coś chciał. Normalny czub. I tu jeszcze się hamował. Stwierdziłam że jadę i wsiadłam do Auta. I wykonałam dziwny manewr.

Podjechałam do przodu do samego końca ścieżki, następnie cofnęłam na wstecznym dodając cały czas gazu. Trochę mnie nosiło ale to normalne, na żywo też nie umiem idealnie cofać po Lini prostej. I wykonałam mocny skręt by auto nawrócić na pełnym gazie. Ale mi nie wyszedł i wylądowałam na lewym boku. Nic mi się nie stało, wyszłam z tego leżącego auta przez prawe drzwi. Do mnie dobiegali już jacyś goście. Od razu zaczęli ściągać koła bo z tyłu nie było ani grama powietrza. Patrzę, ale z przodu też nie ma, więc goście odkręcili też przednie.

Usiadłam na murku ogrodzenia i przyglądałam się ich pracy. Z lewej przez ogrodzenie przechodziły maliny. W życiu takich malin nie widziałam były na 4-5 cm i te najdojrzalsze czarne. I tak myślę, że może to dziady. Zerwałam i wzięłam do ust. I tu symfonia smaków. To były maliny, ale najlepsze jakie w życiu jadłam.

Tylko co najważniejsze. To już nie intensywność doznań ale moment ich doznań. Na żywo w odbiorze smaków wszystko się dzieje równocześnie, a tu na początku była pustka. W ciągu była przerwa jak techniczna, czyli obraz maliny i degustacja nie były połączane tylko oddzielała ich pustka. Ułamek czasu w którym nie działo sie nic. jakiś Gość  ze mną też jadł.

Zobaczyłam moją pralkę, ale tak ogromną jak w USA. Była uszkodzona albo przez temperaturę albo przez kwas. Całe drzwiczki i dolna obudował miała takie pofalowania i żłobienia jak blizny. Jak zaczęła wirować musiałam trzymać drzwiczki żeby się nie otwierały. I znowu przyszli fachowcy i powiedzieli że układy się nadpaliły i muszą to naprawić, bo inaczej mi sprzęt spali się na amen. Liczyłam że zrobią to szybko.

Wróciłam do rezydencji i się zaczęło. Ten Panicz kazał mnie wypędzić. Za mną obstawała tylko jego Siostra. reszta patrzyła jak na intruza. Poszłam na górę do łazienki. Skorzystałam z takiej maleńkiej muszelki która stała przy łóżku z prawej strony wezgłowia. Ekipa sprzątała cały kompleks po imprezie i już wyszłam. Ale znowu zawróciłam, bo wydawało mi się że nie mam kluczyków, ale jak zawróciłam, to wyczułam je w kieszeni. Zawróciłam więc znowu i ta Siostra zaprowadziłam mnie znowu do jakiegoś domku gościnnego i kazała się położyć z Ojcem. I ja tak patrze… Ojciec leży i najlepsze wyglądał prawie jak w trumnie. Nie miałam wyjścia, położyłam się obok.