Amerykańscy aktywiści- Zapis 1006
Sen z 08.02.2026
Byłam w domu, obecnym na Osiej. Zmieniałam pościel i wyciągnęłam mój czerwony płaszcz do prania. Założyłam go na sobie i wymacałam, że kieszenie mam wypchane niemiłosiernie. I miałam zejść na dół, ale weszłam jeszcze do pokoju syna.
Od strony zachodniej, w krzakach, stali ludzie i robili sobie zdjęcia. Ustawiali się tak że niby robią sobie, ale fotografowali wszystko co znajdowało się na mojej działce. I tak: Z lewej stała kobieta i mężczyzna. Ona miała na rękach kota na smyczy jak bengalskiego, bo widziałam plamki i wyjątkowo dobrze jego głowę. Kobieta miała długie proste, ciemne włosy. On też miała dłuższe włosy związane w niechlujny kucyk i pełny zarost. Oraz dobrze zarysowaną szczękę, bo była widoczna. Mocne brwi i głęboki osadzone oczy. Kolor włosów z nutami miedzi, ale widoczny tylko przy odpowiednim oświetleniu. Ubrani w barwy ochronne, stonowana zieleń i brązy, khaki jak żołnierze. Po prawej za to stały takie dwa Ćwoki jak informatyki, z zapuszczonymi brzuchami i rzadkim zarostem. W rozciągniętych koszulkach i takich spodniach, ni to jeans ni to materiał. Ustawieni byli tak że kobieta stała plecami do domu i pozowała. Mężczyzna robił jej zdjęcia, czyli swobodnie fotografował wszystko co miała za plecami. Ćwoki byli zwróceni do pary i fotografowali wszystko co tamci robią.
Wychyliłam się przez okno i krzyknęłam:
– Idźcie sobie tam robić zdjęcia!
I machałem ręką w stronę pagórków. I patrze, a widok dosłownie jak w domu rodzinnym. Tak jakbym znowu stała w okienku poddasza nad oborą, w wieku 7 lat. I niby udało się ich przegonić, więc zamykam okno. A ono ma ramę drewnianą ramę i uszczelki tak zbutwiałe jakby miały ze sto lat. I to było dziwne. Ale pomyślałam że wymienię uszczelkę na wiosnę.
Przeszłam znowu do sypialni. Wyszłam na balkon. Przy stawie leżały stosy czarnego błota. Stwierdzałam że pogłębiam staw, albo wykopałam tą moją studnie. Moja rodzina dawała jakiemuś chłopu sadzonkę roślin, bo ten dziękował jak oszalały.
Zeszłam na dół. Na dole był mężczyzna i jego matka. Matka miała na sobie niebieską bluzę z długim rękawkiem i króciutkie spodenki jak lniane. Rozporek jej się lekko nie domykał. Nogi miała jak siedemdziesięciolatka i twarz już obwisła działaniem grawitacji. Ale jak mnie zobaczyła, to poprawiła spodenki. Powiedzieli, że ci zza siatki byli z ochrony i sprawdzali deklaracje i kompostowniki? NO, ale ja przecież mam.
I tak idę leśną drogą w pobliżu domu Posłusznych i tak sobie myślę. Przecież nie mam nigdzie śmieci na podwórku, to chyba nic nie sfotografowali. I dołączyłam do dziewczynki. Zaczęła coś mówić o Stanach i ja też, że już bym bardzo chciała pojechać, ale jeszcze muszę jeszcze poczekać. Powiedziała, że On też już była kilka razy. I tak rozmawiamy o tych wyjazdach i doszłyśmy do jej Matki. Grzebała coś w drodze. Schyliłam się i zobaczyłam, że leży tam mnóstwo szlifowanych kamieni. Czerwonoczarne jak wyszlifowane malachity z identycznym układem warstwowym. Nie wiem co to za minerał, ale podnosiłam, chciałam zabrać najładniejszy, ale wszystkie wyglądały jakby nie były jeszcze ukończone. Przede mną na drzewie był monter, coś tam zakładał na wysokości 3 metrów.