Cios w podstawę czaszki – Zapis 1073
Sen z 25.07.2026
Byłam z Partnerem na szczycie wzgórza na koncercie. Nawet nie wiem co to była za impreza, bo zrobiło mi się chłodno i zeszłam z grupą kobiet na dół. To chyba były Serafinki, albo Cosie- Serafinki. Na pewno znajome, ale do końca nieokreślone. Miałam cienkie spodnie i koszule, sandały i plecak z takimi elastycznymi sznurkami jak turystyczny. Weszłyśmy w taki dom na samym dole, murowany. Wejście było osadzone wyżej, a na dole dwie komory jak pokoje z łózkami i szafkami. Na zewnątrz cmentarz i wszystko zarośnięte jak w miejscu zapomnianym nawet przez Boga.
Zaczęłam szukać coś w jednym pokoju, a w drugim kobiety. W szafach nad łóżkiem znalazłam mnóstwo ubrań. Wszystkie czyściutkie i równiutko złożone. Piękne, z lekkich materiałów jak jedwab, mnóstwo lekkich spodni, bluzek i apaszki. Jedna była piękna w kwadraciki i w kolorze bladego różu, żółci i perły. Lśniła właśnie jak prawdziwy jedwab. Druga chustka była taka harmonijkowa. Wracała cały czas do zwięzłej formy. Chusta była niebiesko-perłowa i z odrobiną czerwieni. Miała taką grafikę jak rajskiego ptaka. Feniksa czy bażanta. Zaczęłam przeglądać jeszcze szufladki i znalazłam bransoletkę. Na początku myślałam ze diamenty, ale to były cięte geometrycznie imitacje, nawet nie ze szkła. Były jeszcze jakieś kolczyki, ale stopień śniedzienia mówił że materiał nieszlachetny, więc też nie brałam. Zajrzałam jeszcze do trzech szafek i nic więcej ciekawego nie było, oprócz ubrań.
I nagle ktoś zaczął otwierać drzwi. I zaglądać prze szparę. Chciałam zgasić światło, ale nie mogłam znaleźć wyłącznika, a cały domek była oświetlony jak żarówkami. Dałam znać kobietom. Patrzę, a One sobie przyrządziły jakieś mięso i jedna tak skubie jakby chciała, a nie mogła. Złapałam więc porządny kęs żeby przyspieszyć to jedzenia. Ale to było niejadalne gówno… Ja nie wiem jak one to upiekły. Chyba tylko ścięły temperaturą białko, bez przypraw. Obrzydliwe, łykowate, i suche na wiór. Tak jakby to położyły to tylko na kaloryferze.
Powiedziałam co się dzieje i zaczęły się pakować. Stałyśmy przy drugim wyjściu i ja już ubrałam wszystko na siebie. Wszystkie pary spodni i koszulek i apasze. I pytam gdzie mój plecak, a One mówią że na cmentarzu. Z tej strony za drzwiami gdzie właśnie ktoś się wdziera. Zobaczyłam, że Serafinka jeszcze bierze z tego drugiego pokoju sandały. Też chciałam, ale zaglądam pod to łózko, a tam ze 30 par ale same dziecięce i to takie wymyślane. Złote, miedziane, sportowe, greckie, rzymskie. Ale wszystkie maleńkie jak na 4latków czy 7latków. Zaczęłam jedne naprawiać, bo na skrajnym pasku, tym na palcach wyszły węzły, jakoś się odpięły w dwóch miejscach. Pozakładałam je z powrotem. Teraz jak ktoś założy to będą stabilne.
I chyba ich nie wzięłam, bo musiałyśmy wybiec z tego domu. I za nami Oni też wybiegli i jak wbiegałam pod górę, bo biegłam ostatnia, ale chyba z plecakiem, to poczułam mocne uderzenie w podstawę czaszki. Odwróciłam się. Za mną stało dwóch mężczyzn, jeden ogromny, opasły i bezręki. Drugi zwyczajny. Ten opasły jak wieprz miał na sobie taka starą rozciągniętą bawełnianą koszulkę. Kiedyś musiała być granatowa, a teraz już spłowiała latami. Kikuty kończyły się zaraz za barkami i był wyższy ode mnie dobre pół metra. Strasznie mnie ten ten widok zaskoczył. I on momentalnie, wyrzucił z siebie, że pożałujemy jak przyjdzie rachunek za prąd. W kontekście tego, że tam włączyłyśmy światło, a oni teraz muszą za to zapłacić. Ale niczego mi nie zabrali, bo nie wiedzieli że wszystko wyniosłam na sobie, więc odwrócili się i wrócili do środka.
Nie mam pojęcia co to było i jak Gość mnie uderzył w potylice nie mając łap.