Inwazja Szerszeni – Zapis 1045

Sen z 19.05.2026

 

Byłam w moim obecnym domu, czekałam na księdza. Nawet nie wiem po co miał przyjść. W między czasie wysyłali mnie po kabel do sklepu na budynku kolbuszowskiej policji. Był taki od strony Nilu, wiem bo widziała przybudowane spiralne schody jak przy średniowiecznej baszcie. Ale poszłam się myć na górę i jakoś tak leciało. Zadzwoniliśmy, bo była niedziela, ale sprzedawca odpowiedział że będzie do wieczora, więc presji czasu nie było.

Zresztą jacyś ludzie przyjechali, prawie czarni jak południowcy, kręcili mi się po domu jak delegacja. Stary i dwóch młodych. Jakoś tak byli w przeciwwadze do nas Trójki Białych.

I z zachodniej ściany lasu wyleciała chmara szerszeni, ale taka przeogromna. Jeszcze w życiu nie wiedziałam tak wielkiego roju. Był mrok i chciałam zamknąć taras, ale jedna z Białych weszła akurat do salonu i mocniej uchyliła drzwi. Wleciała mi cała masa. Nie paliłam światła, bo i tak jeden obił mi się o plecy i pośladki. Wiedziałam, że mroku są chaotyczne i zdezorientowane. I  jak siadały na podłodze zwyczajnie je dreptałam. Nie lubię tego obrzydliwego chrzęstu i rzygających flaków, ale było ich za dużo. Zresztą wleciały do domu, więc nie było szans by poszły dalej. Między szerszeniami były jeszcze jedne, takie małe owady jak muszki albo pajączki. Mieliłam wszystko stopami. Nawet podłożyłam jakiś ręcznik, by deptać wiele osobników na raz. Cały czas słyszałam ten chrzęst chityny.