Wesele w piwnicy – Zapis 1071
Sen z 23.07.2026
Byłam w domu rodzinnym, na ścianie stodoły były zawieszone dwa ule jak kapliczki. W pewnym momencie wyszły z nich roje. Myślałam że rójka ale ten rój był płynny, zorganizowany i strumieniowy i jakby w zwolnionym tempie do naszego świata materii na jawie. Ale to było dziwne, nigdy, absolutnie nigdy pszczoły nie poruszają się w takich strukturach na żywo, nigdy. Tak jakby nawet środek ciężkości miały inny. Zaczęły lecieć w stronę domu i dalej do drogi. Zaczęłam uciekać ale jedna siadła mi na ustach. Zaczęłam się trzepać jak oszalała, bo wary miałabym jak balony. Obsiadły więc moją Córkę. Krzyknęłam, żeby uciekała do domu, ale skręciła w bok. Pobiegłam za nią, znalazłam ją lezącą przy ścianie domu, skuloną. Była cała w żądłach. Zabrała ją do domu i znalazłyśmy się jak na zebraniu.
Siedziałyśmy z grupą wtajemniczonych. Nie wiem co to za ludzie. Moja Córka się rozebrała, te bąble miała wszędzie, ale nie puchła jak ja. Zachciało się jej pić, więc poszłyśmy do sklepu. Stał w miejscu kolbuszowskiego szpitala. Zwykły, osiedlowy, jak kiedyś po drugiej stronie. W sklepie była klasa mężczyzn z zawodówki z nauczycielem. Same trzy metrowe dryblasy w czarnym spodniach i koszulkach. Pchali się i nie mogłam się dostać do lady, więc złapałam jednego za łeb i przycisnęłam ją do lady na swojej wysokości. Krótko, żeby zrobić pokazówkę. Momentalnie przestali napierać, chodziłam już swobodnie, bo robili mi przejście odsuwając się delikatnie.
I znaleźliśmy się na obsłudze wesela w piwnicy. Tych kelnerów było tyle, co gości weselnych, wiem, bo tylko jeden talerz niosłam i też cieszyłam się w duchu, że z jednym talerzem Córka się nie wywali pomimo braku doświadczenia w serwisie. Boże! jak śmierdziało w tej piwnicy pleśnią i stęchlizną. Dodatkowo aromaty podbijała temperatura i wilgoć ludzkich ciał. Na posadce utworzyła się taka lepka maź jak osad, śliska jak cholera. Trzeba było uważać, by nie wybić sobie zębów. Goście siedzieli i jedli, kelnerzy też, w grupie z moją Córka.
Krzyknęłam więc: Otwórzcie okna.
Ktoś odpowiedział że nie da rady. Zaczęłam więc się przyglądać i racja. Okna były dwa i białe jak plastiki, ale w miejscu klamki, właśnie przez nią, był przeciągnięty drucik blokada. Patrzyłam, bo chociaż były wysoko na trzech metrach, albo wyżej, to nie było by trudne to zdjąć, bo to tylko drucik, żadne tam zabezpieczenia.
Ale kobieta przy stoliku zażyczyła sobie wina. Chciałam nalać czerwone, otworzyłam nawet butelkę. Musiało być bardzo stare, bo do środka od razu włożyłam takie drewniane patyczki. Nie wiem co to, ale logicznie musiało jakoś stabilizować, coś na wzór miedzi tylko że roślinne. I tak się zabieram za nalewanie, ale kobieta ma kieliszek już z wódką. To chciałam nalać do małej szklaneczek, ale nie skończyłam, bo miała już tam po pitkę. Zabarwiłam ją więc tylko. Przeszłam do obsługi i mojej Córki, ale znowu jakiś Gość zażyczył sobie wina. Zapytałam jakie? Odpowiedział że białe i perliste. Wstałam i poszłam po nie.
I będąc na szczycie schodów, w związku z tym że była ta maź, a ja miałam na nogach jakieś czarne militarne oficery. Zjechałam jak deskorolkarz na butach. Widziałam taki filmik na FB więc od gapiłam technikę ułożenia stóp i z pomocą buciorów zjechałam na dolny poziom. Ale był huk jak jechałam. Te buciory taki dawały pogłos na tych metalowych schodach piwnicznych, że wszyscy się poodwracali. Normalnie sensacja, ale jak już miałam się ślizgać idąc w dół, to chciałam zrobić to szybko i z próbą podpatrzonej techniki, a nie na trzęsących się nogach.
Jak zjechałam z jednych schodów, przeszłam między stołami weselnymi i ustawiłam się przy następnych, w dół. Dokładnie w stosunku 90 stopni do poprzednich. Tu już nie dało się tak zrobić, bo schody były kamienne i były szersze. Musiałam iść. Prowadziły do kuchni. W połowie odwróciłam się za siebie, nie było już widać sali weselnej, a do kuchni wciąż była taka sama droga. Wydawały się nie mieć końca.
Wreszcie doszłam. Na kuchni jak na magazynie, trochę ludzi i tych to już ani tyle nie kojarzę. Powiedziałam, że przyszłam po wino. Ktoś poszedł szukać, a jedna z kucharek zaglądnęła na schody z których przyszłam. Zaglądnęła i zamknęła drzwi. I wtedy miałam lekkiego strach, nie wiem dlaczego, ale włączyłam mega czujność, bo nagle zdałam sobie sprawę gdzie jestem i jak wygląda z boku moja sytuacja. Kuchnia na totalnym przestrzennym wypizdziu, kucharze których nie znam, wszędzie noże, topory, palniki z ogniem i ja sama. Czekałam cierpliwie i obserwowałam wszystko kątem oka, próbowałam wyłapać jakieś mikro ruchy, ale na razie nic się nie działo. I przyszła kobieta z winem. Przyniosła mi aż sześciopak, białego wina alzackiego. Etykieta znajoma. Normalnie jakbym widziała wina z Weingut Sankt Annaberg. Byłam tam 21 marca tego roku na żywo. Dodatkowo dostałam wodę w niebieskiej butelce, takiej smukłej jak Perlage i jeszcze mi dała otwieracz do wina, taki z jasnego drewna. Nigdy takiego nie widziałam, ale ucieszyłam się, bo jako sommelierka uwielbiam takie gadżety. I wzięłam to na ręce i tak myślę, jak ja wylezę po schodach jak one są bez końca. Ale jakiś Gość, chyba Szef kuchni otworzył mi drzwi i wszedł na schody ze mną i po paru stopniach znaleźliśmy się na asfaltowej drodze między polami uprawnymi w Domatkowie. Odwróciłam się na moment. Nadal widziałam to wejście w dół i teraz dodatkowo Ogród warzywny na prawo od kuchni. Oni mieli pomidory wielkości drzew, tam wszystko było w rozmiarach jak dla kilku metrowych ludzi.
I tyle zdążyłam zobaczyć, bo odwróciłam się znowu, bo podjechał taki terenowy bus. Gość zatrzymał mnie i że nas podwiezie. Otworzył z lewej pierwsze drzwi i weszłam tam jedna kucharka. Potem następne i ktoś inny wszedł. Ja cierpliwie czekałam, bo Gość ewidentnie pakował wszystkich według jakiegoś schematu. Potem otworzyła oba skrzydła tylnych drzwi i tam była dwa miejsca po bokach, a ze środka wyciągnął takie szelkomajtki. Pomyślmy: oby tylko nie kazali mi się tam pakować. Jak ja mam jechać w takich szelkach. Zapytał jakaś kobietę czy chęć tam siedzieć, ale ona stała już z prawej, poszedł więc jej otworzyć. Miałam nadzieje że jednych tych majtek nie dostałam.