Miasto Popiołów – zapis 992
Sen z 11.01.2026
Byłam w pracy na doradztwie wina. Tylko że market wyglądał bardziej jak magazyn przez wysokie regały. W bocianim gnieździe siedziała Kobieta która cały czas mnie śledziła. Zastanawiałam się czy nie będzie zadawać relacji z mojej pracy. W końcu wyszłam na pusty parking, przeszłam go całego, bo na końcu stał mój samochód. Weszłam do środka i jakiś Mężczyzna podszedł i złapał za klamkę. Pociągnęłam więc mocniej by domknąć. Ale ten znowu mi otwiera. Nie wyglądał groźnie, ale było ciemno i nie czułam się do końca pewnie. Szczególnie że podszedł drugi. Zapytałam więc o co chodzi. Jakoś dziwnie artykułowali słowa ale dopytałam.
– O doradztwo ? I potwierdzili że tak .
Weszłam za nimi do budynku. W domu siedziała cala rodzina. Zadałam podstawowe pytanie ile będzie osób. Odpowiedzieli ze 25. Powiedziałam że wystarczy w takim razie 5 butelek. Oni że za mało. Zapytałam więc znowu, czy będą ciężkie alkohole typu wódka whisky. Oni że tak. Odpowiedziałam, że to wystarczy, ale jeśli tak bardzo chcą to wybiorę 10 sztuk. Umówiliśmy się na termin i wyszłam na zewnątrz.
Ale wychodząc kierunki mi się pomyliły, albo nie wiem co się stało. Przeszłam przez zasłonę zatkniętą na przejściu i wyszłam na jakiejś wiosce w świetle dnia. I niby z Córką, jakoś się pojawiła, ale bardziej momentami.
Od razu pojawił się jakiś Tomek i zaczął mnie oprowadzać. Cudowna to była mieścina, pełna urocznych wydeptanych ścieżek. Ścieżki, ścieżynki, dróżki, cudności. Pomiędzy kurhanami, cisami i jałowcami. Pośród jakiś ruin na małych wzgórzach i zagajnikach z małymi strumykami.
I jak tak chodziliśmy to pokazał mi po prawej miasto gród. Takie jak z ryciny. Piękne było. Zapytałam o nie, powiedział że to Miasto Popiołów. Powiedział też że zwiedzimy następnym razem.
Miasto wyglądało jak piętrowe, albo osadzone na wzgórzu bo miało schemat jak winnica tarasowa. W mieście było pełno ludzi, czterometrowych. Nie wiem skąd ta wiedza. Po prostu określiłam to po tym jak ich zobaczyłam z odległości. Bawili się jakby byli na urlopie. Nie widziałam nikogo przy pracy. Dodatkowo miasto było otoczone wodą i zapytałam Tomka czy to morze, bo chciałam chociaż dzisiaj pozbierać muszle. Spojrzałam wtedy na niego. Miał podniesiony wzrok i jakby było daleko myślami i tak powiedział – Nie, nie ma tam muszli. Tonem jakby chciał mnie zniechęcić do pójścia nad ten brzeg.
Zauważyłam że chodzę na boso, chociaż w ręce trzymałam czarne japonki. Zatrzymałam się przy strumyku żeby je wypłukać. Wróciliśmy do domu. Weszliśmy w drzwi i na na nich była taka tabliczka z identyfikatorami. Zobaczyłam na zielonej karcie zdjęcie mojej koleżanki Anny Francuski i pytam.
– Ona tu przyjeżdża na wakacje?
Tomek taki był zaskoczony… i chciałam mu ją dokładnie pokazać, ale co dotykałam identyfikatora to zmieniało się zdjęcie i dane. Tych letników musiało być tutaj więcej.
Jego dom był strasznie wielki jak starożytna budowla. W jednym pomieszczeniu była chyba jego Matka z Córkami. Miały kilka doniczek na stole. Zapytałam o rośliny i wskazując na jedną powiedziały że to Pogańska mięta. Myślę jak ? Tyle gatunków mięt mam u siebie na żywo, a to wyglądało jak jakiś gruby aloes. Ale takiego aloesu na żywo też nie widziałam. Poprosiłam o sadzonkę, zresztą Matka wtrąciła żeby dać i dały mi takie małe dwie. Roślina tworzyła małe w pobliży jak rozłogi. Przeszłam dalej i doszłam do warsztatu gdzie jego Ojciec pracował przy kamiennym blacie. Siedział na kamiennym stołku, ściany była z kamienia a dookoła tylko kurz i piasek. Nie było niczego, tylko skala.
Wyszłam na korytarz, bo Córka już zadzwoniła po Ubera. I pomyślałam że dostałam prezenty i poczułam się zobowiązana i myślę, co by im przysłać. No to że miód, ale na razie nie mam. Słodycze?, ale patrzę, a przy drzwiach leżą Rise w tym pomarańczowym opakowaniu. I tak myślę, skąd tu amerykańskie słodycze, ale przecież można też w Polsce to kupić. Albo kogoś muszą mieć w USA. Stwierdziłam więc, że swoich, jak mi teraz przyjadą w paczce, wysyłać im nie będę.
Był jeszcze czas więc znowu wyszłam na ścieżki, i teraz weszłam na jałowca, bo chciałam jeszcze to miasto zobaczyć, ale były tylko te kurhany. Miejscami otwarte, a miejscami już jak kamienne studzienki kanalizacyjne. Ta rodzina stała w okna zamku i patrzyła co robię. Ja uważałam żeby nie zapaść się do komory kurhanu.